RSS

Od plaży do plaży – czyli vanem z południa na północ Queensland Część 2

BOWEN

Big Mango in Bowen

Duże Mango w Bowen

To przede wszystkim Duże Mango (ważące 10 ton i wznoszące się na wysokość 3 pięter, które notabene zostało raz nawet „skradzione”), miejsce, gdzie kręcono film Australia z Nicole Kidman i Hugh Jackman’em, a dla nas kilka dni „rurkowania”. Przetestowaliśmy wszystkie chyba możliwe zatoczki: Horseshoe, Rose, Gray i wszędzie było coś, ale po fantastycznym nurku na Hook Island, ciężko było się zachwycić. Do tego strasznie wiało i fale nieustannie znosiły nas na ostre fragmenty rafy, więc rewelacji nie było.

Bowen_19

Piękne plaże w Bowen

Ale bardzo sympatyczny jest spacer szlakiem Cape Edgecumbe z przepięknymi widokami na Morze Koralowe i pobliskie zatoczki. Pomost też jest dość ciekawy no i przecież został uwieczniony w filmie więc warto go też zobaczyć. A przy odpływie można poobserwować zastępy śmiesznych krabów (z angielskiego zwane „żołnierzami”) zajadających się przesmacznym zapawne piaskiem…

Bowen_51

Na szlaku Cape Edgecumbe

Bowen Pier

Stary pomost w Bowen

Soldier crab

Soldier Crab zajadający się piaskiem

P1060534

Bowen

TOWNSVILLE

Takie sobie miasteczko nad morzem. Wiało strasznie, na pobliskim miejscu postojowym toczyły się wojny o wolne miejsce (głównie dlatego, że ludzie się tam zagnieżdżali na stałe) więc przeszliśmy się nabrzeżem, bo akurat była tam wystawa „Sztuki plażowej” i ruszyliśmy dalej.

 

TULLY

Miejsce znane z najwyższych opadów deszczu w Australii: średnie roczne opady to 4000 mm, a w 1950 spodło tego deszczu prawie dwa razy tyle. Nie ma co się więc dziwić, że Wielkiego Gumiaka, o wysokości 7,9m (reprezentującego owe rekordowe opady!) przyszło nam „zwiedzać” w deszczu…

Golden Gumboot, Tully - marking flood level in 1950

Gumiak w Tully…

P1060570

…i widok z gumiaka.

KURRIMANE BEACH

Kurrimine Beach_34

Typowy widok na Kurrimane Beach

Plaża jak to plaża, za to ile tam traktorów! Prawie na każdym podjeździe, czasami nawet więcej niż jeden. I nie żeby do celów rolniczych je tam trzymano. Służą one głównie do wyciągania łodzi z wody. Wgłąb morza znajduje się King’s Reef, do której przy sprzyjających odpływach można dojść, ale nam akurat nie sprzyjały. Podobno w XIXw rozbił się tu jakiś statek a ciała rozbitków, częściowo już skonsumowane, zostały znalezione w pobliskim, opuszczonym już obozowisku aborygeńskim…

Kurrimine Beach_07

Nam za to udało się zobaczyć żółwie morskie pływające przy plaży. Widoczne tylko w okularach z polaryzacją…

Kurrimine Beach_17

Żółw się na zdjęcie nie załapał, jest za to pelikan, który właśnie złapał wielką rybę

 

BABINDA

Bardzo sympatyczna mieścina z bardzo wygodnym darmowym kempingiem: trawka, drzewka i do tego rzeczka. Podobno „walczy” o tytuł „najbardziej mokrego miejsca w Australii” ze wspomnianym już wcześniej Tully – my zatrzymaliśmy się tu na 6 dni i przez 6 dni chowaliśmy się w cieniu, tak było gorąco. Deszczu zero. Trafili nam się fajni sąsiedzi – młoda para: on Australijczyk grający i śpiewający po pubach, ona Niemka, tymczasowo bez zajęcia. No i mieli super psa Bruca, który uwilbiał łowić ryby w rzeczce. Nic jednak przez cały nasz pobyt nie udało mu się złowić.

Z innych miłych niespodzianek warto wspomnieć, że pobliska piekarnia od czasu do czasu zwozi to, czego nie udało im się w ciągu dnia sprzedać i rozdaje chętnym za darmo. A w Informacji Turystycznej można znaleźć koszyk z nadwyżką lokalnych, sezonowych owoców (nam trafiły się papaje i limonki), do poczęstowania się.

A pozatym w Babindzie znajdują się tzw Boulders – czyli miejsce piknikowe z oczkiem wodnym, bardzo popularne w niedzielne popołudnie, kiedy to właśnie postanowiliśmy się tam wybrać.

Babinda_14

Babinda Boulders

CAIRNS

Kolejne miasteczko backpackersów (czyli tych podróżujacych z plecakami), czyli dużo pubów, tanich jadłodajni, sklepów z kiczem i kafejek internetowych. Tylko z internetem kiepsko. Plaża nieciekawa bo mocno pływowa, za to mają bardzo fajną Lagunę, czyli sieć baseników i plaż, tuż przy plaży. Miejsc parkingowych niewiele i to wcale nietanich. Więc po co tam siedzieć?

P1060637

Plaża w Cairns – duży odpływ i krokodyle

Cairns Lagoona

Za to lagunę mają fajną…

P1060642

…a wzdłuż wybrzeża stacje do ćwiczeń na świeżym powietrzu

 

TRINITY BEACH

Cóż za różnica w porównaniu z Cairns. Piękna piaszczysta plaża i palmy dające odrobinę tak pożądanego cienia. Wspaniałe miejsce na błogi relaks i to na dodatek bez turystów – głównymi użytkownikami byli lokalni mieszkańcy wyprowadzający psy na spacer. Postanowiliśmy zostać tu na noc, miejscówka tuż przy plaży. Efekt – nocny atak nietoperzy, a raczej ich odchodów spadających na dach naszego samochodu, podczas ich nocnej przekąski! Rano nasz van wyglądał jakby brał udział w bitwie paintballowej!

Parked under the wrong tree for the night...

Efekt nocy spędzonej pod złą palmą…

Gniew minął przy porannej kawie pod palmą, zwieńczoną orzeźwiającą kąpielą wśrod fal. Co za życie…Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale z tego błogiego życia nie chciało nam się rezygnować przez kolejnych kilka tygodni…

Morning coffe

…wynagrodzony poranną kawą w takiej scenerii

 

PALM COVE

P1060744

Palm Cove

Oddalona od Trinity Beach o jakieś 10km na północ Palm Cove jest miejscowością dużo bardziej turystyczną – mnóstwo butików, knajpek, domków do wynajęcia i atrakcji typu fly boarding ($60 za 10 min) czy jet ski ($90 za pół godziny). Piękna plaża, pomost z rybakami, temperatura wody 26 stopni i standardowe darmowe grille przy plaży. Tylko ludzi sporo – od autokarów wyrzucających Azjatyckich turystów na pół godziny (zdecydowanie za długo na zrobienie kilku zdjęć – po kilku minutach widać było, że nie wiedzą co z sobą zrobić), przez weekendowych amatorów słońca, do stałych, rozpoznawalnych z twarzy i zachowań bywalców i wczasowiczów, do których i my zaczęliśmy się zaliczać. Ludzie zaczynali przysiadać się do nas i gawędzić, a od czasu do czasu dawali nam również drobne podarunki: zgrzewkę piwa, burgery z kangura, befsztyki czy owoce. I mimo, że było to dość miłe, dla nas był to znak, że chyba należy ruszyć dalej. Ale tak jak wspomniałam, nasza tropikalna sielanka trwała ponad trzy tygodnie. Tylko od czasu do czasu zmienialiśmy plaże…

Palm Cove_07_1

Fly boarding

:)

Co robią turyści na plaży?

Palm Cove

Na jednej z naszych stałych miejscówek

P1060673

Wieczorna cisza na morzu…

 

CLIFTON BEACH

Gdzieś w połowie drogi między Trinity a Palm Cove, natrafiliśmy na tę cichą oazę. Po spędzeniu tam kilku godzin, już wiedzieliśmy, że będzie to nasze ulubione miejsce w okolicy. W pobliżu supermarket Coles, przy plaży standardowy „zestaw piknikowy” czyli grille, wiaty, toalety i prysznic i głównie pustki. W weekedny i czasami wieczorami robiło się żwawiej, ale w porównaniu z Palm Cove, Clifton Beach to nieodkryta perełka.

P1060755

Clifton Beach

Tutaj zaczęła nam doskwierać bezdomność i ogarnęło nas znurzenie podróżowaniem. Pojawiły się pierwsze myśli o powrocie, tylko powrocie dokąd? I robieniu czego dokładnie? Siedzieliśmy sobie na słonecznej plaży i snuliśmy plany na dalszych kilka miesięcy w podróży (za miesiąc, w Alice Springs, na kilka tygodni mieli dołączyć się do nas rodzice Geoffa)  i dalsze lata już po powrocie. Jedno było pewne, to „błogie” zasiedzenie się, już nam nie służyło i nadszedł czas na zmianę scenerii. Przyszedł czas by zacząć zmierzać w kierunku outback…

Weekend...

Weekendowe grillowanie

P1060715

I co dalej?

 

PORT DOUGLAS

Najdalej na północ jak udało nam się w Australii dojechać. Pojechaliśmy żeby zobaczyć jakąś inną palmę, inną plażę niż te w Palm Cove czy Clifton Beach. Droga do Port Douglas podobała nam się bardzo – wiła się wzdłuż malowniczego wybrzeża. Natomiast samo miasteczko rozczarowało nas. Kolejna pułapka turystyczna, pełna turystów ale bez uroku Palm Cove. Plaża też nieciekawa i do tego trafiliśmy na odpływ. Punkt widokowy Flagstaff zablokowany jakimiś rusztowaniami. Długo się nie zastanawialiśmy i powróciliśmy na sprawdzone „śmieci”.

P1060734

W drodze do Port Douglas

Port Douglas

Port Douglas

A po drodze trafiliśmy na drzewko mango więc jeszcze pozbieraliśmy sobie świeżych owoców na deser.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 28/03/2017 w Australia

 

Tagi: , , , , , , , , , ,

Od plaży do plaży – czyli vanem z południa na północ Queensland Część 1

Po kilku dniach odpoczynku od piasku i szumu fal, zawróciliśmy nasz biały dom na kółkach z Tooloom Falls, z powrotem na wybrzeże. Tym razem w kierunku osławionego Gold Coast (Złote Wybrzeże) i Surfers Paradise (Raj dla surferów). Oficjalnie wjeżdżaliśmy do stanu Queensland.

Po drodze najpierw zauroczyły nas wełniane wdzianka wydziergane wokół większości drzew w miejscowościach Killarney (znów zrobiło się swojsko) i Warwick. Zbadaliśmy sprawę i okazało się, że odbywał się tam właśnie festiwal „Jumpers and Jazz in July”. Ciekawy pomysł na integrację lokalnej społeczności przy jednoczesnym ubarwieniu zimowych, ponurych ulic kolorowymi, ręcznie wykonanymi sweterkami na drzewa.  Nam się podobało.

Killarney Trees

Kolorowy „Jumpers and Jazz in July” w Killarney

Zimowa, lipcowa pogoda załamała się i zamiast „Złotego” Wybrzeża przywitało nas Szare Wybrzeże. Być może deszcz w jakimś stopniu przyczynił się do naszego wrażenia o tym mieście, bo Gold Coast to nazwa miasta, a nie jak wydawać by się mogło wybrzeża. W każdym razie nie spodobało nam się wcale i zgodnie postanowiliśmy, że zerkniemy tu i tam, ale zaraz ruszamy dalej.

Gold Coast w lipcu przypominało wyludnione i rozkopane Las Vegas. Jednym słowem – przygnębiające. Być może jak i wiele innych nadmorskich kurortów poza sezonem, ale Gold Coast to szóste co do wielkości miasto w Australii więc spodziewaliśmy się jednak jakiejś cywilizacji, a nie tylko pozamykanych kasyn i porzuconych koparek. No i nazwa do czegoś też zobowiązuje. Nas rozczarowało i coś mi się wydaje, że gdybyśmy byli tam w pełni sezonu, też nie byłaby to nasza bajka…

Gold Coast

Zachmurzone Gold Coast

Pojechaliśmy więc dalej, do Brisbane, stolicy stanu Queensland. Naprawdę sympatyczne miasto i bardzo przyjazne dla jego mieszkańców. Takie, w którym turyści nie przeszkadzają aż tak jak w Sydney i w którym jest głównie słonecznie (nie tak jak w Melbourne) i które zdaje się sporo oferować w ramach spędzania wolnego czasu. Jest rzeka, po której kursują darmowe łódki – tramwaje, jest sztuczna, ale zadbana miejska plaża, dużo zielonej przestrzeni i ciekawa architektura. A spacerując ulicami miasta można natknąć się na sympatyczne metalowe „gurki” wylegujące się na przykład na ławeczce…

Brisbane_16

Przyjazny „gurek” na ławeczce w Brisbane

Brisbane_resize

Brisbane

My jak to my, nie zatrzymaliśmy się w Brisbane, a na przedmieściach Cleveland, skąd rano złapaliśmy pociąg do centrum. Opłaca się wykupić kartę „Go Card” (zwrotny depozyt $10), aby trochę zaoszczędzić. Można jej używać we wszelkich środkach lokomocji a nasz pojedynczy bilet kosztował $4,11 (cena poza szczytem) zamiast $7,5 jeśli kupowalibyśmy go bez Go Card.

Sunrise in Cleveland

Poranek w Cleveland

Nic nas w Brisbane nie trzymało, natomiast kusiła obietnica pięknych i słonecznych plaż na północy, więc ruszliśmy dalej.

Po drodze odbiliśmy do Glass House Mountains, parku narodowego w którym znajdują się neki wulkaniczne, nazwane glasshouse przez James Cooka w XVIII wieku, ponieważ przypominały mu one kształtem stożkowate budynki do wyrobu szkła z jego rodzinnego Yorkshire. Szału nie było, za to były chmury.

Glass House Mountain

W pobliżu znajduje się również Australia Zoo – słynne z osoby Steva Irwina – pamiętnego „Łowcy krokodyli”. Gdyby nie powalająca cena biletów ($59 od głowy) pewnie z chęcią byśmy je zwiedzili, a tak zerkneliśmy tylko co słychać w pobliskim szpitalu dla zwierząt (rekonwalscencja biednych miśków koala po uderzeniu samochodu) i tylnym wejściem przemknęliśmy się do sklepu z pamiątkami. Żeby nawet do sklepu trzeba było się wkradać!

P1050946

Już lepiej jechać na wybrzeże.

W Queensland zdecydowanie trudniej jest z darmowymi noclegami. Większość miejsc postojowych w Camp 6 zakazywała noclegu, albo ograniczała postój do max 20h. Rzadko też znajdowały się one w pobliżu czegokolwiek. Nie ma się co dziwić, trzeba wspierać dochód z turystyki a nie go ograniczać. A Queensland jest stanem bardzo turystycznym – jeśli wypoczynek nad morzem, to własnie najczęściej na tym wybrzeżu. Infrastruktura jest, ceny też są, głównie niebotyczne. Ale dla chcącego nic trudnego, trzeba się było tylko trochę więcej pogimnasytkować. Wszystkie, głównie darmowe noclegi, można prześledzić na mapie naszej podróży.

P1060172

Na taki wschód słońca warto wstać

Rozpoczęły się leniwe dni i skakanie z plaży na plażę. Piasek, morze – niby to samo, a jednak nie do końca. Wiele miejsc utkwiło nam w pamięci, ale wiele też z niej umknęło. Nie będę wymieniać każdej jednej miejscowości, którą odwiedziliśmy, ani też każdej plaży na której się wylegiwaliśmy, bo na odległości 2500 kilometrów, trochę ich było. Jednak jest kilka miejsc, które naprawdę warto wspomnieć choć w kilku słowach.

Noosa Heads

Noosa wymieniana jest jako jedno z lepszych miejsc do surfowania w Australii, a to już coś. Oznacza to również, że wykąpanie się w morzu staje się wyczynem samym w sobie – siła fal rozbijających się o brzeg, nie raz powaliła mnie na twarz! Ale cóż to była za frajda! Fale i boogieboardy dostarczyły nam godzin radosnej rozrywki.

Coastal walk in Noosa Heads

Noosa Heads – Coastal Walk

To jednak nie tylko super plaża, ale również darmowy pobliski park narodowy z przepięknymi widokami. Gorąco polecamy Coastal Walk – cały szlak ma 5,4km w jedną stronę i kończy się w Sunshine Beach. Trasa jest niewymagająca a część jest nawet dostosowana do wózków inwalidzkich. Widoki za to są naprawdę rewelacyjne a w leśnych odcinkach warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte – nam udało się dojrzeć kolczatkę w gęstwinie leśnej. Niesamowite.

We even spotted echidna!

Zaszyta w krzakach ale jest – kolczatka!

Rainbow Beach (Tęczowa Plaża)

Jak sama nazwa wskazuje – jest tu kolorowo choć może niekoniecznie w barwach tęczy.

Rainbow Beach

Rainbow Beach

P1060109

Kolorowe wydmy

Rainbow Beach to właściwie miasteczko w regionie Gympie, a nazwa odnosi się do otaczających je kolorowych wydm. Te z kolei swój koloryt zawdzięczają bogatym złożom minerałów takich jak rutyl, ilmenit, cyrkon i monacyt (nazwy te niewiele mi mówią, ale chciałam dorzucić jakieś wiadmości – oczywiście dzięki Wikipedii). Łatwo jest też dostać się stąd na pobliską Fraser Island, która pojawia się w każdej ulotce i każdym przewodniku. Jednak żeby mieć jakąś przyjemność z pobytu na wyspie, wynika, że należy mieć pojazd 4×4. A skoro nie mieliśmy to się nie pchaliśmy. Starczyło nam zakopanie się na piaszczystym kempingu na Inskip Peninsula, gdzie zatrzymaliśmy się na parę nocy. Kemping mimo, że dość prymitywny to jednak bardzo sympatyczny – w lesie, tuż przy plaży. Należy do parku narodowego więc i opłaty są niewygórowane ($11 za noc). Należy jednak uważać na zagrożenie zapadliskiem.

Inskip Peninsula at sunset

Zachód słońca na Inskip Peninsula

Będac w okolicy koniecznie trzeba zobaczyć Carlo Sand Blow – piaszczystą górę, z której rozpościera się przepiękny widok na Rainbow Beach i okolicę. Trudno jest też powstrzymać się przed beztroskim bieganiem po stromych zboczach, zaburzając tymczasowo uroczą strukturę pofalowanego piasku…

Rainbow Beach_45

Rainbow Beach_54

Widok z Carlo Sand Blow

Rainbow Beach_38

Jak to często bywa, akurat tego dnia, kiedy chcieliśmy dojść na Carlo Sand Blow, ścieżka prowadząca na wydmę została zamknięta, z powodu kontrolowanych pożarów w okolicy. Jak wiadomo pożary w Australii są wielkim problemem każdego roku i takie kontrolowane spalanie ściółki zapobiega rozprzestrzenianiu się ognia. Życie nam jeszcze miłe więc nie pchaliśmy się tam gdzie miało się palić. Poszliśmy następnego dnia, kiedy znaki ostrzegawcze zostały już usunięte, choć w miejsach nadal unosił się dym…

P1060101

Będzie się paliło…

P1060110

…i dymiło

Bundaberg

Miasto trzciny cukrowej, rumu i pysznego piwa imbirowego. Tutaj zaczyna się rafa koralowa a przewodniki zachęcają do wypatrywania żółwi morskich (od listopada do marca trwa tutaj okres wylęgowy). My byliśmy oczywiście poza sezonem więc pozostało nam nurkowanie z rurką (tzw. Snorkeling). Żeby nie było niedomówień – rafa zaczyna się w tych okolicach, ale wcale nie jest blisko lądu. Mimo wszystko, dzięki jej obecności, nawet niedaleko od brzegu, jak się dobrze trafi, można zobaczyć coś więcej niż tylko piasek. Ale to też zależy oczywiście od miejsca – podczas naszych pierwszych „rurkowych” doświadczeń na Coral Cove widzieliśmy głównie skały, na Bargara tylko piasek i dopiero Hoffman’s Rocks uraczyło nas kolorową rybką i kilkoma fajnymi muszlami na dnie. Ale samo „rurkowanie” bardzo nam się spodobało i od tego momentu gdzie nie pojechaliśmy to szukaliśmy dogodnych miejsc na podglądanie wodnego świata.

Bundaberg 2

Tylko rurki brak

Bundaberg_11

Jedne z większych kangurów jakie widzieliśmy w Australii

Calliope RA and Rockhampton

Podróżując wzdłuż wybrzeża, od czasu do czasu trafia się nieplażowe miejsce wypoczynkowe i jakieś miasto wcale nie leżące nad morzem. Szukając przerwy od szumu fal i podąrzając za rekomendacją „szarych nomadów” (czyli Australiczyków na emeryturze, którzy przez pół roku zimy na południu kraju albo i już na stałe, pomieszkiwują w swoich wielkich przyczepach kempingowych i przemiszczają się ślimaczym tempem tam gdzie cieplej) trafiliśmy na rest area (miejsce odpoczynkowe) w Calliope. Tak naprawdę to właściwie duży kamping, tyle że darmowy. W okolicy nic, tylko mały strumyk, trochę drzew i generalnie luzik blusik. Żadnych atrakcji tam raczej nie znajdziecie, ale jeśli będziecie w podróży już jakiś czas i nigdzie nie będzie się wam spieszyć, to warto się tutaj zatrzymać, żeby zregenerować siły.

P1060171

Totalna laba na Calliope RA

Rockhampton słynie z tego, że przebiega przez nie zwrotnik Koziorożca. I to by było na tyle. Znajduje się tu również darmowe (!) zoo, ale naszym zdaniem nie warto marnować na nie czasu. Owszem są kangury, emu itp ale w Australii tych zwierzaków jest pełno dookoła i jakoś milej obserwuje się je biegające lub też skaczące na wolności, niż za jakąś tam siatką. Podobno inne zwierzęta też gdzieś są, ale chyba musiały się pochować bo jedyne co widzieliśmy w zoo, a czego nie udało nam się zobaczyć w naturze to kazuary – śmieszne takie wielkie ptaszyska, ubarwione głównie na niebiesko, trochę podobne do emu. Podobno dość niebezpieczne jeśli natknąć się na nie w ich środowisku – słyszy się o atakach, a na szlakach w lasach znaleźć można sporo znaków ostrzegawczych, dość zresztą zabawnie wyglądających.

Crossing Tropic of Capricorn - Rockhampton

Przekraczamy zwrotnik Koziorożca w Rockhampton

Rockhampton_21

Pozujące emu

Cassowary

Kazuar…

P1070020

…i instrukcja obsługi plecaka podczas spotkania z kazuarem

Oprócz tego z ciekawostek – w Rockhampton obowiązuje limit alkoholowy – dokładnie na czym to polega nie jestem pewna, w każdym razie kupując alkohol musiałam przedstawić dokument tożsamości i wypełnić jakiś formularz z miejscem zamieszkania (!!). A wszystko to odbywało się w tzw. Drive thru – dla mnie największej logicznej pomyłki jeśli chodzi o sprzedaż alkoholu…

Emu Park

Fajne miejsce na spacer po plaży zwieńczony relaskem przy śpiewającym statku…

Singing Ship in Emu Park

Emu Park – Śpiewający statek

Mackay i Eungella NP

Mackay to jedno z milej przez nas wspominanych miasteczek. Nie za duże, nie za małe, z ładnymi plażami i przemiłą obsługą w biurze informacji turystycznej. Doradzono nam tutaj, że niby generalnie jest zakaz, ale na placu wokół budynku można zaparkować na noc, a bloku sanitarnego i tak nikt nie zamyka. Ponadto wspomnieli o Eimeo Beach skąd warto oglądać zachód słońca, a gdzie mieszkańcy doradzili, że inni zostają tu spokojnie na noc więc czemu my mielibyśmy nie spróbować.

Eameo Beach

Zachód słońca na Eimeo Beach w Mackay

W Mackay jest też Bluewater Lagoon, na którą się bardzo ucieszyłam, bo lubię pluskać się w basenowych okolicznościach. Ale oczywiście okazało się, że przecież jest zima, więc jest zamknięta. Trzeba było znaleźć coś innego czym można by zająć czas do naszego jednodniowego rejsu na Wyspy Whitsundays (wykupionego we wspmnianym już wcześniej przemiłym biurze informacji turystycznej).

To właśnie w owym biurze zasugerowano nam wiztyę w parku narodowym Eungella, znajdującym się około 80km od Mackay, gdzie można zobaczyć dziobaki (po angielsku platypus – już dla samej nazwy warto je zobaczyć)! Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać. Pojechaliśmy. Las, rzeka i piękne widoki na dolinę Pionierską, a do tego jeszcze obiecane dziobaki. Zdecydowanie polecamy to miejsce.

View from Sky Window, Eungella NP

Dolina Pionierska

Dziobaków dopatrzyliśmy się w Broken River – są dużo mniejsze niż się spodziewaliśmy. Jak tak widzi się je na obrazkach to ma się wrażenie, że są pewnie podobnego rozmiaru jak bobry. Otóż nie. Co prawda w zależności od tego gdzie żyją, dość znacznie różnią się rozmiarowo, to ważą około 1,5 – 2kg i mierzą około 40 – 50cm. A ponieważ są takie małe i do tego dość często dają nurka, cieżko było złapać je w obiektywie. Skupiliśmy się więc na śledzeniu ich pływackich poczynań i łazilismy w tę i z powrotem za naszym nowym kumplem Billem. A na noc zaszyliśmy się z naszym vanem na jednym z miejsc piknikowych. Nikt nas nie zaczepił, nikt nas nie przegonił.

Platypus 1

Bardzo ruchliwy Dziobak

AIRLIE BEACH I WHITSUNDAYS

Whitsundays from Mt Rooper

Airlie Beach

O tym w osobnym wpisie.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 18/03/2017 w Australia

 

Tagi: , , , , , , , , , ,

Sydney na małym budżecie, czyli opera, most, plaże i łódź podwodna…

W Sydney, po bezowocnym poszukiwaniu couchserferów wylądowaliśmy na polu kempingowym w Rockdale. $35 za noc było najtańszą opcją, jaką udało nam się znaleźć – nawet schroniska były sporo droższe ale ponieważ były bliżej centrum, nie miały dostępnych miejsc parkingowych. (W mieście widzieliśmy reklamy parkingów – $12 za pierwsze pół godziny lekko nas przeraziło!). No więc znowu spaliśmy w naszym vanie, ale mieliśmy dostęp do ciepłego prysznica, przepierki i gotowania w prawdziwej kuchni więc i tak luksusy, z których oczywiście skorzystaliśmy.

Na Sydney poświęciliśmy jeden dzień. Większość ludzi pewnie stwierdziłaby, że to zdecydowanie za mało, ale jak już wcześniej wspominałam nie przepadamy za dużymi miastami, a jednak chcieliśmy zobaczyć to co w Sydney zobaczyć trzeba. I chyba nam się to udało…

Sydney Opera House i The Rocks

Sydney Opera House i The Rocks

Bilety powrotne na pociąg do Syndey kosztowały nas $6 od głowy (Rockdale – Sydney) i po 20 minutach byliśmy w centrum. Stąd z kolei kursuje darmowy autobus lini 555, którym można dotrzeć do Circular Quay.

Zwiedzanie miasta zaczęlismy od The Rocks – dzielnicy położonej w pobliżu słynnego mostu Sydney Harbour Bridge. Jest to jedna ze starszych dzielnic, z ciekawą architekturą i klimatem wąskich, brukowanych uliczek pełnych różnych sklepików i knajpek. Przyjemne miejsce na spacer i poranną kawę.

The Rocks

The Rocks

Następnym punktem programu był oczywiście most. Oprócz noworocznych pokazów sztucznych ogni, słynie on również z tzw. Bridge climb czyli możliwości wdrapania się na sam jego szczyt (134m) – przyjemność kosztująca w przedziale $200-300+ od osoby i zajmująca co najmniej 2.5h przy czym standardowa wspinaczka zajmuje około 3.5h. Nie mieliśmy na zbyciu ani gotówki ani czasu, więc w zamian po prostu przeszliśmy się po moście. Lepszego widoku na port i operę chyba nie ma nigdzie indziej, więc naprawdę warto się tam wybrać.

Sydney Harbour Bridge

Sydney Harbour Bridge

 

Sydney Opera House z mostu Harbour

Sydney Opera House z mostu Harbour

Z mostu poszliśmy pod operę. Bez większych niespodzianek – było bardzo tłoczno i do tego słońce zdawało się być wszędzie tam gdzie skierowaliśmy aparaty, więc zdecydowałam że zmianiamy plan – idziemy najpierw do portu Darlinga. Bardzo fajne miejsce, tętniące życiem, pełne nie tylko turystów, ale również mieszkańców Sydney. Port, mosty, deptaki, centra handlowe, muzea i niezliczona ilość knajp i knajpeczek – wszystko to tworzy typową atmosferę dużego miasta. Czyli nie to co mój Geoff lubi najbardziej… posililiśmy się więc jakimś szybkim i tanim lunczem i skierowaliśmy się ponownie w kierunku opery.

Darling Harbour

Darling Harbour

Według mnie Sydney Opera House wygląda dużo lepiej na zdjęciach niż w rzeczywistości. Lepiej też wygląda z odległości, niż gdy stoi się tuż przy budynku, chociaż mnie zafascynowały wykończeniowe płytki ceraminczne, które właśnie z bliska wyglądają jak mozaika… a odbijające się w nich słońce, w zależności od pory dnia, nadaje im różnych odcieni…

Mozaikowy dach opery w Sydney

Mozaikowy dach opery w Sydney

Okolice opery i portu otacza ogród botaniczny Royal Botanic Gardens, który jestem miejscem relaksu, pikników, biegania i spacerów mieszkańców Sydney – widoki na operę i most są tutaj po prostu „pocztówkowe”. Nic dziwnego więc, że wielu turystów podąża śladami joggerów, wzdłuż Farm Cove do Mrs Macquire’s Chair – ławki ręcznie wyciosanej w kamieniu przez zesłańców na początku XIX wieku dla żony ówczesnego gubernatora, znajdującej się na przeciwległym cyplu, z którego rozpościera się panorama miasta.

Na fotelu Pani Macquire

Na fotelu Pani Macquire

 

Harbour Bridge o zachodzie słońca

Harbour Bridge o zachodzie słońca

Tym miłym akcentem zakończyliśmy nasz dzień w Sydney. Ale po powrocie na kemping, stwierdziliśmy, że dobrze by bylo zahaczyć jeszcze o kultową Bondi Beach. Tak więc następnego dnia postanowiliśmy spędzić jeszcze kilka godzin w Sydney. Ponieważ nasz przewodnik Lonely Planet sugerował spacer wzdłuż Północnych plaż Sydney, wybraliśmy się do Coogee Beach i stamtąd ruszyliśmy w kierunku Bronte Beach. Widoki były naprawdę przepiękne. Po drodze, w Waverley minęliśmy najpiękniej położony cmentarz (!) jaki do tej pory widziałam.

Cmentarz z widokiem na morze...

Cmentarz z widokiem na morze…

 

Na trasie pomiędzy plażami Coogee i Bronte

Na trasie pomiędzy plażami Coogee i Bronte

A po powrocie pojechaliśmy w okolice Bondi Beach – ludzi w bród, parkingi wszędzie płatne a plaża taka jakich nie lubię – tuż obok głównej ruchliwej ulicy. Zmyliśmy się stamtąd równie szybko jak się pojawiliśmy i w zamian postanowiliśmy zatrzymać się w Manly na lunch. North Head okazało się świetnym miejscem na ten cel – uraczyło nas nie tylko ostatnim widokiem na panoramę miasta, ale również łodzią podwodną wynurzającą się pośród żaglówek pływających po porcie…

Łódź podwodna z Sydney w tle

Łódź podwodna z Sydney w tle

Po tym niezapomnianym lunczu pożegnaliśmy Sydney i pojechaliśmy dalej.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 14/02/2016 w Australia

 

Tagi: , , , , , , ,

Nasza Australijska przygoda.. (część 1)

…zaczęła się w Melbourne. Przylecieliśmy tu liniami Virgin Australia, które rozczarowały standardem. Czuliśmy się bardziej jak w Ryanairze niż w siostrzanych Virgin Atlantic. Ale to drobny szczegół. Wylądowaliśmy szczęśliwie w czerwcowy piątkowy poranek i lekko poddenerwowani ustawiliśmy się w kolejce do odprawy. Nie mieliśmy ze sobą ani biletów na wylot z Australii, ani potwierdzenia naszej wizy, o którą ubiegaliśmy się kilka miesięcy wcześniej, za to na naszych kartach wjazdowych, w prawie każdym okienku widniał tzw. „ptaszek”. Mimo naszego niepokoju wzrastającego wraz z oczekiwaniem w kolejce (a czekaliśmy przez ponad godzinę), pan odprawiający nie zadał nam ani jednego pytania. Dostaliśmy stępelek i już. Ominęła nas szansa na zaistnienie w programie Australijska Straż Graniczna, który był akurat w tym czasie kręcony na lotnisku. Ale to akurat chyba dobrze.

Gwoli przypomnienia czerwiec w Australii to początek zimy. I gdyby komukolwiek wydawało się, że w Australii to tylko słońce i upały, donosimy, że podczas naszego pobytu w Melbourne, niejednokrotnie nad ranem znajdowaliśmy lód w licznych dziecięcych zabawkach pozostawionych na noc w ogródku. No ale to Melbourne, które słynie ze zmieniającej się nieustannie pogody, o czym śpiewali nawet Crowded House w piosence „Four seasons in one day”.

Workaway w Melbourne

Workaway w Melbourne

A skąd ogródek a w nim dziecięce zabawki? Geoff wykombinował, że zanim obcykamy dokładnie co i jak w tym kraju piszczy i zanim zakupimy nasz dom na czterech kółkach, dobrze by było tymczasowo zakotwiczyć na jakimś Workaway’u. I tak też prosto z lotniska udaliśmy się do dzielnicy Preston, gdzie czekała na nas nasza nowa rodzinka: Nina, jej mąż James i ich dwójka dzieci – Frida (lat 4) i Sam (lat 2). Przez parę tygodni za przysłowiowy wikt i opierunek pomagaliśmy przy dzieciach (Frida znała więcej stworzeń morskich niż ja a mały Sam uwielbiał ganiać za puszczanymi przeze mnie bańkami mydlanymi), w domu i ogródku (przekopaliśmy i odchwaszczyliśmy kilka rabat), a w międzyczasie nadrabialiśmy zaległości blogowe i poszukiwaliśmy vana. Zwiedzanie miasta zbytnio nas nie kusiło, a pozatym planowaliśmy tutaj powrócić, żeby odsprzedać vana (o kupnie i rejestracji auta oraz innych przydatnych wskazówkach będzie w osobnym wpisie). Więc gdy tylko dokonaliśmy przelewu i dokupiliśmy wszelkie zbędne i niezbędne rzeczy, wyrusziliśmy naszym nowym pojazdem w tak zwaną siną dal.

Nasz dom na czterech kółkach

Nasz dom na czterech kółkach

Plan mieliśmy taki, żeby jak najszybciej przemieścić się na północ, gdzie zima przypomina europejskie lato – w naszym metalowym pudełku, pomimo dwóch przytarganych jeszcze ze Stanów kołderek, nocami było jednak zimnawo. Ale tak zupełnie na azymut też nie przystawało więc lekko ślimaczym tempem skierowaliśmy się najpierw na południe na Wyspę Filipa. Kolorowe broszurki kusiły misiami koala i paradą pingwinów to pojechaliśmy. Już na samym początku zaczęliśmy poznawać uroki podróżowania po Australii – atrakcji wszelkiego rodzaju jest w bród, ale większość kosztuje i to kosztuje słono. Tych innych dobrze trzeba się naszukać. I tak żeby zobaczyć misie trzeba było zapłacić $11 od osoby, a żeby poprzyglądać się pingwinom, bagatelka $22,50. Ponieważ w totka nie wygraliśmy a w kraju torbaczy mieliśmy być przez kolejnych kilka miesięcy, więc oburzeni zrezygnowaliśmy z opcji opróżnienia porfela i w zamian wybraliśmy się na darmowy spacer po Przylądku Woolamai. Takie atrakcje nam się podobają i to nawet bardzo. I właściwie takich atrakcji w Australii nie brakuje…

Woolamai

Woolamai

Kolejne dni minęły nam na przyswajaniu się do nowej tułaczej rutyny i wprawianiu w wyszukiwaniu miejsc na nocleg w naszym vanie. Niezastąpiony okazał się Camp 6 – atlas Australii z zaznaczonymi wszelkimi miejscami campingowymi i postojowymi oraz ich dokładną lokalizacją i rodzajem dostępnych udogodnień (toalety, prysznice, grille itp). To biblia każdego zmotoryzowanego turysty w tym kraju. I tak przez cały nasz pobyt w Australii, Camp 6 pomagał wytyczać nam trasę – jak dokładnie ona przebiegała można sprawdzić tutaj. Zaznaczyliśmy też każde miejsce noclegowe, może komuś kiedyś się przyda.

Zachód nad Port Albert

Zachód nad Port Albert

Z Victorii przegoniła nas zima – nie byliśmy do końca przygotowani na tak niskie temperatury. Sukcesywnie więc poruszaliśmy się na północ, wobec czego wrażenia z Victorii mamy ograniczone. Co jednak polecilibyśmy wszystkim to odwiedzenie niepozornej być może na pierwszy rzut oka wyspy Raymond Island. Dostać się na nią można promem z Paynesville – turyści piesi za przejazd nie płacą, a przeprawienie się na wyspę zajmuje raptem kilka minut. A dlaczego warto? Bo gwarantowane jest zobaczenie miśków koala w ich naturlanym środowisku! Za totalną darmochę! I tak z głowami zadartymi do góry obeszliśmy tę niewielką wyspę wzdłuż i wszerz i naliczyliśmy szesnaście przesłodkich miśków siedzących w koronach eukaliptusów, szamiących co się nawinęlo pod rękę, albo drzemiących w pozycjach, które ciężko by było uznać za wygodne. Niezapomniane wrażenie.

Stary niedźwiedź mocno śpi...

Stary niedźwiedź mocno śpi…

W Nowej Południowej Walii spędziliśmy trochę więcej czasu i więcej tym samym zobaczyliśmy. W tym stanie znajduje się przecież największe miasto Australii – Sydney, piękne plaże i Góry Błękitne, których akurat ze względu na pogodę, zobaczyć nam się nie udało, a podobno warto.

Australia Rock w Narooma

Australia Rock w Narooma

Doświadczyliśmy natomiast wielu innych mniej lub bardziej ciekawych atrakcji: w Naroomie widzieliśmy skałę z otworem w kształcie Australii, w Huskisson, na plaży Hyams doświadczyliśmy podobno „najbielszego piasku na świecie” (wg księgi rekordów Guinessa, a wg nas równie biało jeśli nie bielej było na Whitehaven czy w Esperance) a w Kiama co prawda nie oszołomiła nas blowhole (otwór w skale wytryskujący strumienie wody w powietrze), za to spodobały nam się Bambo Headlands, które ochrzciliśmy mianem „mini Giant’s Causeway”.

Rekordowo biała plaża Hyams w zatoce Jervis

Rekordowo biała plaża Hyams w zatoce Jervis

 

Bombo Headland aka "mini Grobla Olbrzyma"

Bombo Headland aka „mini Grobla Olbrzyma”

W Kangaroo Valley widzieliśy boksujące się kangury i odczuliśmy siłę wombatów podkopująych się pod naszym vanem (bujało równo), a w Norah Head wypatrzyliśmy na horyzoncie migrujące wieloryby prychające wodą i machające płetwami.

Runda 1

Runda 1

Wombat przed nocnymi podkopkami

Wombat przed nocnymi podkopkami

Wieloryb na horyzoncie

Wieloryb na horyzoncie

W Nambucca Heads podziwialiśmy widoki oraz originalny Vee Wall – kolorowy falochron, na którym każdy może pozostawić mniej lub bardziej artystyczną wiadomość, o ile znajdzie jakikolwiek skrawek niezamalowanej jeszcze skały. W Wingham obserwowaliśmy wielką kolonię nietoperzy udającą się na wieczorny posiłek, a w Fredrickton skosztowaliśmy legendarnych pasztecików Fredo, które jednak nie podbiły naszych kubków smakowych.

Nambucca Heads

Nambucca Heads

i kolorowa Vee Wall

i kolorowa Vee Wall

W Maclean wróciliśmy przelotnie do europejskich korzeni (najbardziej szkockie miasto w Australii szczyciło się głównie słupami telegraficznymi pomalowanymi w barwy klanów szkockich), w Coffs Harbour zwodowaliśmy naszą dmuchaną łódkę (a przy okazji połamaliśmy od razu nasze wiosełka), a w Tooloom Falls zaprzyjaźniliśmy się z uroczym, żarłocznym oposem, któremu zasmakowały obierki z naszych marchewek…

Mniamuśne te marcheweczki

Mniamuśne te marcheweczki

W Byron Bay bardzo miłym spacerkiem dotarliśmy do najbardziej na wschód wysuniętego punktu Australii, ale z miasta przegoniły nas tłumy backpackerów, które zjechały się akurat na jakiś festiwal.

Zatoka Byron - dalej na wschód już się nie da

Zatoka Byron – dalej na wschód już się nie da

A w Sydney…o tym będzie w kolejnym wpisie.

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 22/11/2015 w Australia

 

Tagi: , , , , , , , , ,

Nowa Zelandia

Do Nowej Zelandii trafiliśmy przypadkowo. Nie mieliśmy jej początkowo w planach, nie dlatego, że nie chcieliśmy tam jechać, bardziej z powodu panującej tam w tym okresie zimy i faktu, że był to jeden z tych krajów, które wymarzyliśmy sobie na rowerze.

Ale jakbyśmy nie patrzyli, najtańsze loty z Los Angeles do Melbourne były z przesiadką w Auckland. No to nam się przypomniało, że będąc w Peru na Inca trail kilka lat wcześniej, poznaliśmy parę Nowozelandczyków, właśnie z Auckland…kilka maili i już mieliśmy załatwione zakwaterowanie i towarzystwo na dwa tygodnie!

Auckland

Auckland

Musieliśmy jeszcze tylko dojechać do LA, oddać wypożyczony samochód (na szczęście nikt się nie przyczepił do zadrapania na tylnym błotniku, po tym jak ktoś w San Jose wjechał nam w tył na światłach!) i przetrwać jakoś noc na lotnisku LAX…

A potem to już Bear Grylls demostrował nam jak zapiąć pasy w samolocie i jak w razie awaryjnego lądowania nakładać kamizelkę ratunkową…  Air New Zealand nie lubi nudzić swoich klientów standardową procedurą – wcześniej bohaterzy Władcy Pierścieni zapinali pasy dla bezpieczeństwa, tym razem znany survivalowiec Bear zdradzał nam tajniki przetrwania w samolocie…

A po trzynastu godzinach lotu i dość długiej odprawie (nasz namiot i buty wylądowały w dziale bezpieczeństwa biologicznego gdzie oczekiwały na zezwolenie przekroczenia granicy), na lotnisku czekała już na nas Kim. Zapakowaliśmy się do jej żółciutkiego autka i przy przepięknie wschodzącym słońcu pognaliśmy do jej domku. A tam radosnym szczekaniem przywitał nas Felix i Beau – dwa urocze spaniele Cavalier King Charles.

Felix and Beau - słodziaki

Felix and Beau – słodziaki

Dostaliśmy swój pokój, miejsce w szafce w kuchni i na kanapie i zaczęły się nasze wakacje. Przez parę dni po prostu się byczyliśmy – szwędaliśmy z pieskami po okolicy albo oglądaliśmy telewizję. Ale Kim jako zagorzała globtroterka już zaczęła nam organizować możliwość pozwiedzania – szybki telefon do Johna, drugiego znajomego ze szlaku, i już mieliśmy zorganizowane auto na kilka dni. Stanęło na wycieczce do Cape Reigna – najbardziej na północ wysuniętego odcinka Nowej Zelandii.

Zaraz po wyjeździe z Auckland otoczyła nas rozciągająca się po horyzont zieleń – poczuliśmy się jak w Irlandii, może tylko rośliny trochę inne. Owieczek również sporo, wszak to kraj słynący z wełny Merino, materiału zachwalanego w kręgach turystycznych – mnie gryzie jak każda inna wełna…

Na noc zatrzymaliśmy się w popularnej miejscowości turystycznej – Paihia, opustoszałej i cichej, bo poza sezonem, czyli tak jak lubimy. Na urokliwej plaży zjedliśmy sobie lody, mimo że to zima, a na noc rozbiliśmy namiot na wyludnionym polu namiotowym. Po tych wszystkich nocach spędzonych na pustynnych twardych polach, nowozelandzka trawka stanowiła bardzo miłą i wygodną odmianę.

Lodowy lunch w Paihia

Lodowy lunch w Paihia

Następnego dnia dotarliśmy na północny koniuszek Nowej Zelandii – Cape Reigna, lub jak nazywają to miejsce lokalni Maori – Te Rerenga Wairua, miejsce skąd dusze zmarłych udają się w zaświaty. Tutaj też Pacyfik spotyka się z Morzem Tasmana – jeśli dłużej wpatrzyć się w horyzont można zauważyć zderzające się prądy tych akwenów. Jest to naprawdę przeuroczy zakątek świata – dookoła majestatyczne klify, a w dole piękne piaszczyste plaże i bezkres morza, w którym odbijają się głównie chmury, a czasem promyki słońca…i tak kilka godzin spędziliśmy włócząc się po rozmaitych drogach i dróżkach, prowadzących w coraz to piękniejsze zakamarki.

Latarnia morska na końcu świata

Latarnia morska na końcu świata

Cape Reinga

Cape Reinga

Stąd naprawdę wszędzie daleko...

Stąd naprawdę wszędzie daleko…

Z nadchodzącym wieczorem pojechaliśmy szukać kolejnej miejscówki na noc. Przy Rarawa Beach zlokalizowaliśmy jakieś poletko, zaparkowaliśmy i poszliśmy na spacer po plaży przy zachodzącym słońcu. Po powrocie zdecydowaliśmy się nie rozbijać namiotu (poprzedniej nocy było jednak dość zimno), tylko umościć sobie spanko w samochodzie, a że było to kombi więc spało nam się nienajgorzej. Tak rozgwiażdżonego nieba nie widziłam od czasu biwakowania w Beskidach, z tym, że tu jednak inne gwiazdozbiory radowały oczy…między innym Krzyż Południa, występujący na flagach zarówno Nowej Zelandii jak i Australii.

Tak też można

Tak też można

Po powrocie do Kim kolejnych kilka dni spędziliśmy na zwiedzaniu Auckland, graniu w kręgle i planowaniu kolejnego wypadu, tym razem z Johnem, do Taupo. Taupo to miasteczko leżące u brzegów jeziora o tej samej nazwie – największego zresztą w kraju. Widok upiększa znajdujący się po drugiej stronie jeziora park narodowy Tongariro z wznoszącymi się ośnieżonymi szczytami. Samo miasteczko oczywiście bardzo urokliwe. Jedną z głównych atrakcji są pobliskie wodospady (ujdą), nam jednak bardzo spodobało się w sklepie z produktami pszczelimi, gdzie można było poobserwować sobie pszczółki w ulu (jedna ze ścian była przeszklona), poczytać masę super interesujących faktów związanych z pszczelim życiem, a nawet popróbować sprzedawanego miodku.

Taupo

Taupo

Jak dzieci ucieszyliśmy się też na widok roweru giganta i nie omieszkaliśmy powspinać się na jego siodełko. No i jeszcze jedna dość nietypowa atrakcja, którą warto wspomnieć: uznana za najbardziej czadową na świecie restauracja McDonalds, bo w budynek wkomponowany jest kadłub samolotu! Zdjęcie pstryknęliśmy ale na posiłek się nie skusiliśmy.

Chyba nie sięgam do pedałów...

Chyba nie sięgam do pedałów…

McDonald's w Taupo

McDonald’s w Taupo

Będąc w Taupo nie można nie zajechać do pobliskiego parku narodowego Tongariro. Wznoszą się tu czynne wulkany Ruapehu, Tongariro i Ngauruhoe, do których latem można dotrzeć pięknymi szlakami, zimą natomiast okryte są śnieżną kołderką. Jest też ośrodek narciarski Whakapapa – tym razem sobie nie poszusowaliśmy, ale wypiliśmy sobie coś ciut mocniejszego na rozgrzanie i pokrzepienie. No i namówiliśmy Johna, żeby przetestował teorię, że kluczyki do zamku centralnego mają większy zasięg, gdy przyłoży się je do głowy…cóż mogę powiedzieć – zadziałało… A potem zaczął padać śnieg (mój pierwszy śnieg w czerwcu!) więc pojechaliśmy dogrzać się w źródłach termalnych w Tokaanu. Miejsce okazało się bardzo popularne i trzeba było czekać na swoją kolej. Trochę inaczej wyobrażałam sobie taplanie się w wodach termalnych – jakiś odkryty basenik, jeziorko, a tu – brzydki betonowy pokoik, kameralnie na cztery osoby, z wyliczonym czasem. Niby jest też publiczny odkryty basen, ale woda źródlana jest tylko w tych mniejszych, prywatych. A ograniczenie czasowe okazało się zdecydowanie wystarczające – chwilę dłużej i pomdlelibyśmy z pewnością. Tak zrelaksowana, przespałam całą podróż powrotną do Taupo…

Tongariro NP

Tongariro NP

Następnego dnia rano John poleciał do Auckland, bo miał już wcześniej zorganizowaną rundkę golfa ze znajomymi, a nam zostawił swoje auto – Toyotę Landcruiser limitowaną edycję na 60cio lecie tego modelu, żebyśmy sobie jeszcze po drodze coś zobaczyli. Gdyby ktoś zapomniał albo dopiero zaczął czytać od tego akapitu, John to nie żadna rodzina ani nawet stary dobry znajomy; to po prostu facet, którego poznaliśmy trzy lata wcześniej w Peru, przedreptaliśmy razem Inca Trail i do tego czasu niespecjalnie utrzymywaliśmy kontakt, a on bez mrugnięcia okiem dał nam kluczyki do tego swojego nowego, wcale nie taniego auta! Geoff miał lekkiego stresa, coby dojechać do Auckland bez najmniejszego zarysowania…

Najlepsza bryczka na naszym wyjeździe (dzięki John O.)

Najlepsza bryczka na naszym wyjeździe (dzięki John O.)

Pogoda troszkę nam się popsuła (czytaj padało cały dzień), ale jakoś tak pasowała nam do zwiedzania zamglonej Rotoruy i przejazdu przez majestatyczny wąwóz Karangahake. Rotorua to miasto sanatorium, z licznymi źródłami geotermalnymi wód siarkowych i unoszącym się wokół zapachem „zgniłych jajek”. Na każdym niemalże kroku bulgocze jakieś błotko a w krzakach czają się niebieskie ptaszyska – Pukeko.

Rotorua we mgle

Rotorua we mgle

Taka sobie pajęczynka...

Taka sobie pajęczynka…

Pukeko

Pukeko

W drodze powrotnej mieliśmy też namiastkę tak popularnych w Australii rzeczy „wielkich”:  w Ohakune obściskiwaliśmy gigantyczną marchewkę, w Te Puke mierzyliśmy się z monstrualnym kiwi, w Paeorze zobaczyliśmy sporawą butelkę tutejszej lemoniady, a w Tirau pstryknęliśmy fotki owcy i owczarkowi z blachy falistej. Coś czuję, że ten rower w Taupo też mógłby się tu zaliczyć…

Rozmiar XXL w Nowej Zelandii

Rozmiar XXL w Nowej Zelandii

I tak minęły nam dwa tygodnie – hobbitów tym razem nie widzieliśmy, ale Nowa Zelandia zdecydowanie trafiła na listę krajów, do których jeszcze powrócimy. A teraz czas na naszą australijską przygodę!

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 01/08/2015 w Nowa Zelandia

 

Tagi: , , , , , , , ,

Podróż w czasie – czyli Wielki Kanion i małe Chloride

Któż nie słyszał o Wielkim Kanionie Kolorado? Jeden z siedmiu cudów natury, a tym samym najbardziej popularny i drugi najczęściej odwiedzany park narodowy w Stanach (na pierwszym miejscu znajduje się Park Narodowy Great Smokey Mountains). Mimo, że nie jest ani najgłębszy (średnio 1,6km), ani najdłuższy (446km) to mimo wszytko jest najbardziej znanym kanionem na świecie, a rocznie odwiedza go około 5 milionów ludzi.

Ponieważ w świecie kanionów byliśmy już od jakiegoś czasu, mieliśmy chwilę zawahania, czy warto jechać i oglądać jeszcze jeden. Warto.

Chyba warto zobaczyć to na własne oczy...

Chyba warto zobaczyć to na własne oczy…

Plan był następujący – z Parku Narodowego Zion chcieliśmy pojechać na Północną Krawędź Wielkiego Kanionu – mniej znaną i uczęszczaną, a podobno nawet bardziej spektakularną niż oblegana przez turystów Krawędź Południowa (90% ludzi odwiedzających Wielki Kanion, udaje się właśnie tam). Plan był, ale się zmył, a właściwie to nie plan, tylko jedyna droga dojazdowa do tej części parku. To był maj ( w przeciwieństwie do Krawędzi Południowej otwartej przez cały rok, Krawędź Północna dostępna jest jedynie od połowy maja do połowy października) i część dróg w tych okolicach dopiero była otwierana po zimie, więc osunięta ziemia blokująca drogę, nie została jeszcze uprzątnięta. Nie po raz pierwszy przyszło nam weryfikować oryginalny plan.

Z Washingtonu (tego w Utah, nie DC) pojechaliśmy więc do Vegas (o czym było w poprzednim wpisie) i dopiero stamtąd, po kilku dniach błogiego lenistwa, udaliśmy się do Wielkego Kanionu, na Krawędź Południową.

Podobnie jak w Zionie, tutaj też kursuje bezpłatny autobus, pozwalający turystom wysiąść przy dowolnym pukncie widokowym, w związku z czym, tworzą się pewne zatory, które bez problemu można ominąć, jeśli tylko zejdzie się z utartej marszruty większości turystów.

Oblężenie pumktu widokowego na Krawędzi Południowej

Oblężenie pumktu widokowego na Krawędzi Południowej

Nawet na najpopularniejszych punktach przy Hermit Road, przy odrobinie cierpliwości, można przeczekać fale nadgorliwie pstrykających – byle więcej, byle szybciej. A jeśli tylko do następnego punktu postanowi się pójść a nie pojechać, wtedy naprawdę można docenić w pełni urok i ciszę tego miejsca.

A kilka kroków dalej pusto i cicho...

A kilka kroków dalej pusto i cicho…

Nasz pobyt w parku, ze względu na ograniczenia czasowe, zaplanowaliśmy na dwa dni. Pierwszy dzień, po dojechaniu na miejsce, zaczęliśmy stanardowo od Centrum Informacji i najbliższego punku – Mather Point. Stamtąd podreptaliśmy w kierunku Yavapi Point i dalej „szlakiem czasu” (każdy metr reprezentuje milion lat!) do historycznej wioski Grand Canyon. Tutaj wskoczyliśmy do autobusu i podjechaliśmy do punktu Hopi Point, polecanego jako jeden z lepszych do podziwiania zachodu słońca. Nietrudno się domyślić, że zwolenników pięknych widoczków było wielu, ale że w pobliżu znajdują się również punkty Powell i Maricopa, towarzystwo jakoś się rozrzedziło, każdy znalazł dla siebie miejscówkę i było nawet zadziwiająco cicho – chyba każdego zauroczyło majestatyczne piękno tego miejsca. Jeden z tak zwanych „priceless” momentów…

Zachód słońca na Hopi Point

Zachód słońca na Hopi Point

Kolejny wieczór w aucie, planowanie trasy na następny dzień, kolejna noc w namiocie. Rozbiliśmy się na położonym ciut dalej, ale pustym i tanim ($10 za auto) polu Ten – X. Polecamy.

Drugi dzień był bardziej aktywny. Szlakiem South Kaibab Trail wybraliśmy się w dół kanionu. Bynajmniej nie byliśmy sami, jednak w porówaniu z tłumami na krawędzi, szlak był zdecydowanie puściejszy…Było bardzo pomarańczowo, stromo, miejscami wietrznie, ale przede wszystkim było pięknie. Nie na darmo jeden z punktów, które minęliśmy w drodze do Cedar Ridge nazywa się Ooh Ahh Point! Cały szlak do Skeleton Point ma 9,7km, ale długość można wyznaczyć sobie samemu i my np. zawróciliśmy przy Cedar Ridge. Można też dołączyć do zorganizowanej grupy i za $125 plus podatek (typowo amerykańskie stwierdzenie) przebyć tę trasę na grzbiecie muła…

Muły na South Kaibab Trail

Muły na South Kaibab Trail

Po kilku godzinach na szlaku South Kaibab, wsiedliśmy w autobus, pojechaliśmy do punktu Mohave Point i spacerkiem udaliśmy się na „stację końcową” Hermit’s Rest. Po drodze minęliśmy może garstkę osób, za to widoki były fantastyczne. I ta cisza…Aż żal było żegnać się z Wielkim Kanionem. Tego wieczoru czekała na nas jednak jeszcze niespodzianka – na parkingu przed McDonald’s, gdzie jak zwykle zatrzymaliśmy się by skorzystać z darmowego internetu, na przechadzkę wybrały się również wapiti. Od paru miesięcy mocno ich wszędzie wypatrywaliśmy, od parku Redwood w Kalifornii przez wszystkie północne stany, gdzie miało ich być mnóstwo na każdym kroku, ale jakoś nie było nam dane ich nigdzie zobaczyć – aż do tego momentu. Piękne jeleniowate, skubiące trawę przy parkingu, niewiele zdawały sobie robić z powiększającej się gromady gapiów i fotografów. Miły akcent na koniec naszego pobytu w parku.

Widoki z Hermit's Road

Widoki z Hermit’s Road

Wapiti na wieczornym spacerze...

Wapiti na wieczornym spacerze…

Natępnego dnia, już w drodze, bo do Doliny Śmierci mieliśmy ponad 600km,  przywitał nas niesamowity wschód słońca. A skąd i jak trafiliśmy do Chloride już nawet nie pamiętam. Miasto widmo, mimo, że podobno nadal ma mieszkańców, chociaż ja, oprócz staruszka w sklepo/informacji żadnej innej żywej duszy nie widziałam. Czas zadaje się stanął w tym miejscu i wszystko wygląda nadal jak Ameryka za czasów kowbojów – bardzo malowniczo, musiałam się więc trochę poszwędać i popstrykać kilka fotek…

Chloride, Arizona - miasto widmo

Chloride, Arizona – miasto widmo

Po południu byliśmy już z powrotem w Kalifornii, w upiornie gorącej Dolinie Śmierci. Ale o tym już pisałam tutaj. Tym samym zatoczyliśmy kolejne koło i zakończyliśmy naszą amerykańską „road trip”. Kolejny przystanek Auckland, Nowa Zelandia.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 05/07/2015 w USA

 

Tagi: , , , , ,

Viva Las Vegas

Miasto hazardu, grzechu i rozpusty. Miasto kiczu i przepychu. Jedno z tych miejsc, które albo sie kocha, albo nienawidzi. Moje uczucia są jednak mieszane… Z jednej strony ciężko nie poddać się urokowi tańczącej fontanny pod Bellagio, charakterystycznemu dźwiękowi jednorękich bandytów, czy też całemu temu przepychowi kasyno-hotelów na Stripie. (Dla niewtajemniczonych Strip to główna ulica w Vegas, jej długość to bagatelka 6.8km!).

Witamy w bajecznym Vegas!

Witamy w bajecznym Vegas!

I mimo, że wszystkie te Paryże, Nowe Jorki i Wenecje są jednym wielkim kiczem, to po zapadnięciu zmroku, w świetle neonów, wygladają naprawdę dość bajecznie…

Vegas nocą

Vegas nocą

Z drugiej strony jest upał, kurz, wnętrza kasyn przesiąknięte starym, papierosowym dymem wymieszanym z silnym odświerzaczem powietrza i nagminni rozdawacze, a właściwie wciskacze, wizytówek ozdobionych niewyszukanymi wizerunkami pań lekkich obyczajów (kto był w Vegas, kojarzy z pewnością dźwięk nieustannie tasowanych i prztykanych kartoników…)

Ponieważ do grona hazardzistów nie należymy, nasz pobyt w kasynach był ograniczony. Oczywiście, że zasiedliśmy przed kolorowymi maszynami i hipnotycznie wpatrzeni w mijające obrazki, patrzyliśmy jak nasz kredyt szybciutko się uszczupla, uszczupla ( a pani kelnerki z kolejnym drinkiem nadal nie ma…) i w końcu znika… Szkoda tylko, że jednoręki bandyta już nie jest jednoręki – mechanika zastąpiona została elektroniką, wajha – plastikowym przyciskiem, a monety – drukowanymi kwitkami. Czaru brak, a kasa znika w tym samym, jeśli nie szybszym tempie. A w kwestii osławionych „darmowych drinków”: fakt faktem, że istnieją – ale ich jakość i częstotliwość jest równo proporcjonalna do stawek jakimi się gra (a może raczej przegrywa) i napiwków jakie zostawia się kelnerkom. Darmowe? Prawdziwi gracze pewnie potakująco kiwają głowami, reszta być może zgodzi się ze mną, że chyba jednak nie do końca.

W mieście jest prawie 200 tyś. takich maszyn

W mieście jest prawie 200 tyś. takich maszyn

Nam Vegas pozwoliło trochę odsapnąć od ciągłego planowania, zwiedzania i spotykania nowych ludzi. Tani acz wygodny hotel przez kilka dni zaoferował nam wszystko to, czego potrzebowaliśmy – sute amerykańskie śniadanie, wygodne łóżko, internet, telewizor i basen. I tak dnie spędzaliśmy na wygrzewaniu się w upalnym, pustynnym słońcu, pluskaniu w basenie, popijaniu bursztynowego napoju, czytaniu i nadrabianiu zaległości zdjęciowo – blogowych. Oczywiście, jak już wspomniałam, poszliśmy też na Strip, trochę pohazardowaliśmy, pstryknęliśmy zdjęcie słynnemu znakowi „Welcome to Fabulous Vegas” i popodziwialiśmy widowiskową fontannę pod Bellagio, tańczącą zgrabnie do Elvisowego „Viva Las Vegas”.

Słynna fontanna przed hotelem Bellagio

Słynna fontanna przed hotelem Bellagio

Musiała też być wycieczka do Hoover Dam. Jak dla mnie to po prostu tony cementu (ponad 3 miliony cementu zostały zużyte do budowy) – wysokość (220m) oczywiście zapiera dech w piersi, no i jeziorko Mead też dość ładne, ale potrzeba chyba inżyniera, żeby w pełni docenić kunszt tej tamy. Więc Geoff doceniał i próbował mnie też przekonać. Powiedzmy, że udało mu się to…poniekąd. Z ciekawostek – nad budową tamy pracowało w latach 1931-35 21 tysięcy robotników (około 100 zginęło w wypakach podczas budowy), dla których specjalnie wybudowane zostało Boulder City. Musiało to być dobrze zorganizowane przedsięwzięcie, bo tama ukończona została dwa lata przed zaplanowanym terminem a jej koszt wyniósł 49 milionów. Gdyby Hoover Dam budowano w obecnych czasach, pewnie byłaby opóźniona o kilka lat i kosztowała ponad 800 milionów…(to nie moje wyliczenia – dogrzebałam się tego gdzieś w internecie 🙂 ).

Hoover Dam

Hoover Dam

No i jakoby gwóźdź programu – wizyta w nasłynniejszym lombardzie świata – Gold & Silver znanego widzom kanału History z programu telewizyjnego Gwiazdy Lombardu (o ileż bardziej szokujący jest oryginalny, angielski tytuł Pawn Stars – każdy słyszy to co chce…). Gdzieś tam kiedyś się na ten program nawinęliśmy i spodobała nam się wybuchowa dawka historii i prostotyco poniektórych pracowników i klientów.

Kolejka do lombardu...a my w niej

Kolejka do lombardu…a my w niej

Kolejka do wejścia ciągnęła się jak leniwy wąż, ale skoro już się pofatygowaliśmy to stwierdziliśmy, że czekamy. Generalnie jak kręcą odcinki to tak po prostu wpaść do sklepu sobie nie można, właściwie w ogóle nie można, bo tylu jest zainteresowanych fanów serialu. Więc się czeka, a bramkarz wpuszcza wyliczoną ilość ludzi w kolejnych turach. Sklep jest spory, większy niż wygląda w telewizji, a na półkach i ścianach mnóstwo przedmiotów „jak widziane w odcinku takim a takim”. Ceny głównie z kosmosu, nie to, czego człowiek spodziewać się może w przeciętnym lombardzie. Oczywiście gwiazdy programu za ladą już na codzień nie stoją, ale nam trafiło się zobaczyć Chumlee’go – w promocji programu robił sobie zdjęcia z tymi, którzy zakupili jakiś towar w określonej cenie. My aż tacy gorliwi nie byliśmy i jedyne co kupiliśmy to standardowy magnesik :).

Zapewne wycenione przez Seana

Zapewne wycenione przez Seana

Po Vegas czekała nas kolejna duża, a właściwie ‚wielka’ atrakcja – Wielki Kanion. Z Vegas to właściwie ‚rzut kamieniem’ – organizowane są stąd przecież jednodniowe wycieczki, żeby zobaczyć ten cud świata…jednodniowe taak…zaledwie 430km w jedną stronę do parku właściwego…No to jedziemy. Ale do Vegas już nie wracamy.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 24/06/2015 w USA

 

Tagi: , , , , ,