RSS

Parki narodowe Utah – czyli co naprawdę warto zobaczyć w USA – część 1

07 Lu

Z Salt Lake City pojechaliśmy do miasteczka Moab na wschodzie stanu Utah. Miała być to nasza baza wypadowa do pierwszego parku narodowego Arches (pol. Łuki). W swoje gościnne progi przyjął nas Amir, mimo że już komuś wcześniej obiecał użyczyć swoją kanapę. Na imię było jej Julie i była naprawdę ciekawą dziewczyną – Amerykanka, studentka muzyki, podróżowała sama, głównie stopem a żyła z tego co uzbierała grając i śpiewając . Do tego bardzo ciepła i przyjazna, więc bez wahania odstąpiliśmy jej kanapę a sami umościliśmy sobie gniazdko na podłodze.

Arches NP

Arches NP, Utah

Arches NP, Utah

Sam park narodowy jest imponujący. Jak sama nazwa wskazuje główną jego atrakcją są łuki skalne, których jest na tym obszarze naprawdę sporo. O tym jak powstały zanudzać nie będę; podzielę się jednak kilkoma fotkami i co ciekawszymi faktami oraz jedną anegdotką.

Arches to nie tylko łuki, widoki też są piękne

Arches to nie tylko łuki, widoki też są piękne

Jak w większości parków w Stanach, tak i tutaj, drogi poprowadzone są do wszystkich ważniejszych punktów widokowych lub przynajmniej do parkingów, skąd zaczynają się szlaki dochodzeniowe. A ponieważ my lubimy łazikować, to zazwyczaj wybieramy sobie jakiś szlak, lub kilka krótszych i staramy się uciec od tłumów autokarowych turystów.

Okno Północne

Okno Północne

W parku warto między innymi zobaczyć: Balanced Rock (balansująca skała), The Windows (okna) – tutaj kręcono fragmenty Indiany Jones’a i Ostatniej Krucjaty, Double Arch, Landscape Arch (jeden z najdłuższych – bo przecież zawsze jest jakaś debata jeśli chodzi o rzeczy ‘naj’ – wolnostojących łuków skalnych na świecie) i koniecznie zachód słońca przy jednym z bardziej znanych – Delicate Arch.

Double Arch wygląda trochę jak z filmu sci-fi

Double Arch wygląda trochę jak z filmu sci-fi

Landscape Arch - kiedyś szlak prowadził tuż pod łukiem, ale w latach '90 olbrzymie bloki skalne odpadły z łuku, więc trasa została zamknięta ze względu na bezpieczeństwo turystów

Landscape Arch – kiedyś szlak prowadził tuż pod łukiem, ale w latach ’90 olbrzymie bloki skalne odpadły z łuku, więc trasa została zamknięta ze względu na bezpieczeństwo turystów

W parku występują nie tylko skalne łuki

W parku występują nie tylko skalne łuki

Jako że lubię pstrykać zdjęcia, zawsze i wszędzie dowiaduję się gdzie w danym parku jest najlepszy punkt widokowy na zachód słońca (o wschód słońca też się dowiaduję tylko znacznie rzadziej na niego zdążam…). Jak wspomniałam wyżej tutaj zachwalano Delicate Arch. I mimo, że trzeba przejść około kilometra pod górkę, zapalonych fotografów i amatorów zachodów słońca zdecydowanie tam nie zabrakło. Zabrakło natomiast samego słońca, co mimo wszystko nikogo nie zniechęciło. I tak oto siedzieliśmy, w sile koło setki osób, czekając na cud, który nie nastąpił.

Czekając na cud

Czekając na cud

Przydażyła się jednak inna ciekawa historia: ni z tego, ni z owego na środek ‘sceny’ (zakładając że łuk jest na scenie, a my siedzimy w półkolu jako widownia) wyskoczył jegomość, przepraszając, że on tylko na chwilkę przycupnie koło łuku, bo chce wykonać telefon do żony. Bo dziś akurat wypada rocznica ich oświadczyn (nie dosłyszałam która) i on chce ponownie poprosić ją o rękę z tego samego miejsca, co przed laty. Nie czekając specjalnie na zezwolenie pognał pod łuk, wystukał numer, padł na kolano i chwilę później oświadczył nam, że ona powiedziała ‘tak’! Cóż zachodu słońca nie było, ale przynajmniej trafiła nam się scenka niczym z komedii romantycznej.

Will you marry me again?

Will you marry me again?

I raz jeszcze Delicate Arch

I raz jeszcze Delicate Arch

Canyonlands NP

Rzut kamieniem od Arches znajduje się inny park narodowy – Canyonlands. W naszych oryginalnych planach nie było zamysłu żeby o ten park nawet zahaczyć. Ale że zmiana planów towarzyszyła nam nieustannie (jakby ktoś zapomniał, albo jeszcze nie doczytał, to przecież mieliśmy być na rowerach!), więc zamiast minąć Canyonlands szerokim łukiem, zatrzymaliśy się tam nie na dzień, a na dwa. I mimo, że Moab nadal był blisko a Amir uprzejmie wydłużył kanapowe zaproszenie, to nam jednak zachciało się pobiwakować. Nasz mały niebieski domek prosto z Walmartu przetrwał napady silnego wiatru, choć w pewnym momencie zaczął nam odlatywać (w kamieniste podłoże ciężko wbija się śledzie) i gdyby akurat nie było nas na polu namiotowym to noc przyszłoby nam spędzać w aucie.

Namiot drogi podczas silnego wiatru wygląda tak

Namiot drogi podczas silnego wiatru wygląda tak

podczas gdy tanizna z Walmartu zachowuje się tak

podczas gdy tanizna z Walmartu zachowuje się tak

O samym parku zbyt wiele nie wiedzieliśmy, bo gdybyśmy wiedzieli to zdecydowanie nie próbowalibyśmy go ominąć. Jest tam naprawdę przepięknie. A jeśli ktoś z Was widział film 127 godzin, to akcja rozgrywa się właśnie na tym obszarze. Park jest ogromny i dzieli się na trzy części, oddalone od siebie o ładnych kilka godzin jazdy samochodem. Jedynie „Islands in the Sky” znajduje się stosunkowo blisko głównych dróg i tam też pojechaliśmy.

Miejsc do zobaczenia jest wiele i wszystkie oferują niezapomniane widoki. A oto lista naszych ulubionych:

  • Mesa Arch – tak znowu łuk, ale jaki! W tle niekończący się kanion, wschód słońca maluje niesamowite barwy. Bajka.
Mesa Arch o wschodzie słońca

Mesa Arch o wschodzie słońca

  • Upheaval Dome – formacja skalna nie z tej Ziemi. Naukowcy nadal nie wiedzą jak powstała owa kopuła – meteoryt, pozostałość po kiedyś tu istniejącym oceanie, czy może wulkan?
To chyba jednak meteoryt...

To chyba jednak meteoryt…

  • Miejsca widokowe Grand View Point i Green River Overlook – cisza i przepiękne krajobrazy. Nic dodać nic ująć.
Widok z Grand View Point

Widok z Grand View Point

Green River Overlook

Green River Overlook

A to tylko garstka tego co w Canyonlands można zobaczyć czy robić. Miłośnicy rowerów górskich, samochodów terenowych, wspinaczki czy trekkingu mają niewyczerpane pole do popisu.

My miło wspominamy również nasze sąsiadki z pola kempingowego – dwie zwariowane, lekko starsze panie z Kalifornii. Widząc nasz skromny ekwipunek biwakowy (praktycznie zerowy bo wszystko zostawiliśmy u Phila w Grecji) i brak ogniska, zaprosiły nas do siebie na gorącą herbatkę (pomimo ciepłych dni, wieczory i noce były bardzo chłodne) i pogaduchy. I tak się nam fajnie gadało, że następnego wieczoru zostaliśmy zaproszeni nawet na kolację! I kolejną rundkę herbatki i pogaduszek.

Capitol Reef NP

Ten park odwiedziliśmy z kolei za namową Alicii, którą poznaliśmy „serfując” u Lea w jej wielkiej czerwonej stodole w Twin Falls. Obiecywała, że park jest niesamowity a pole namiotowe świetne. No to pojechaliśmy. Mimo że Capitol Reef jest najrzadziej odwiedzanym parkiem w Utah, na pole Fruita trafiliśmy na jakieś piętnaście minut przed tym jak zapełniło się po brzegi (większość pól należących do parków narodowych działa na zasadzie kto pierwszy ten lepszy). Nie, żeby namiot rozbity był tuż przy innym namiocie – wyznaczone są konkretne miejsca, na których pomieściłoby się kilka namiotów i ze dwa albo trzy samochody. Ale tak to działa i na szczęście nam udało się znaleźć miejsce na noc. A po rozmowie z bardzo pomocnym i przesympatycznym strażnikiem parku i odkryciu darmowego zapasu drewna na ognisko, postanowiliśmy zostać dwa dni.

Monoklina Waterpocket Fold w Capitol Reef NP

Monoklina Waterpocket Fold w Capitol Reef NP

Nazwa parku wywodzi się z dwóch skojarzeń: białe kopuły piaskowca Navajo przypominają wyglądem budynek kapitolu (capitol), natomiast skaliste klify stanowią naturalną barierę do ominięcia, tak jak rafa (reef) w oceanach. Geologiczna monoklina Waterpocket Fold, rozpościerająca się na dystansie 160 kilometrów jest znakiem rozpoznawczym tego parku. Nie brakuje tu ani szlaków ani terenów do uprawiania wszelkich innych dyscyplin sportowych. A widoki są oczywiście piękne.

Białe kopuły dzięki którym park zdobył nazwę Capitol Reef

Białe kopuły dzięki którym park zdobył nazwę Capitol Reef

Za poradą strażnika parku widzieliśmy następujące miejsca:

  • Punkt widokowy Capitol Reef i kaniony szczelinowe na szlaku Cohab Canyon – kanionów szczelinowych szukaliśmy, bo ukryte były w bardzo wąskich szczelinach, natomiast po stromej wspinaczce na punkt widokowy rozpościerała się przed nami niesamowita panorama parku.
Geoff przeciska się przez kanion szczelinowy

Geoff przeciska się przez kanion szczelinowy

A ja w pobliskich skałach wyszukałam nos prosiaczka

A ja w pobliskich skałach wyszukałam nos prosiaczka

  • Hickman Bridge – sam most skalny był ok, ale trasa do niego niezapomniana. Szlak był oficjalnie zamknięty ze względu na obsunięcie się skał, ale nasz strażnik powiedział, że możemy ominąć zasypany fragment drogi, brodząc wzdłuż strumyka. Tak też zrobiliśmy, by po drugiej stronie natknąć się na parę, która po prostu przelazła przez tych kilka skał na drodze. Gadka szmatka i dopiero po ponad 40 minutach i zaproszeniu na winko (z którego nie skorzystaliśmy bo było torchę za daleko od naszego namiotu) ruszyliśmy dalej w kierunku Hickman Bridge.
Hickman Bridge

Hickman Bridge

...i brodzenie w strumyku żeby do niego dojść

…i brodzenie w strumyku żeby do niego dojść

  • Cassidy Arch i szlak Grand Wash – szlak ten jest jedym z bardziej popularnych, a wieńczący go Cassidy Arch (kolejny łuk!) wygląda naprawdę imponująco i potrzeba silnych nerwów by podejść na tyle blisko do krawędzi, by zobaczyć jak głęboka przepaść znajduje się pod łukiem.
    Cassidy Arch ze mną na szczycie

    Cassidy Arch ze mną na szczycie

    Lęk wysokości przegrywa z nieznaną siłą przyciągającą ku krawędzi

    Lęk wysokości przegrywa z nieznaną siłą przyciągającą ku krawędzi

    Popularność miejsca została potwierdzona obecnością garstki innych łazików – wśród których dojrzeliśmy naszych znajomych z poprzedniego dnia. A że zmierzaliśmy w tym samym kierunku, więc poszliśmy razem. Droga powrotna minęła nam bardzo szybko na wspólnej rozmowie – okazało się, że łączyło nas wiele zainteresowań, więc kiedy doszliśmy do rozdroża (oni zaparkowali w innym miejscu niż my), zamiast się pożegnać, zostaliśmy zaproszeni przez nich na lunch i skierowaliśmy się w stronę ich samochodu. Po bardzo sympatycznym pikniku, podwieźli nas na start szlaku Grand Wash (chciałam przejść go jeszcze raz i porobić kilka fotek) i w końcu przyszło nam się pożegnać. Kolejne niezapomniane przeżycie i kolejni przesympatyczni Amerykanie. Strome, niemalże pionowe ściany Grand Wash górujące nad nami wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Miły, spokojny spacer na koniec naszej wizyty w tym parku.

    Grand Wash Trail

    Grand Wash Trail

    Czułam się jak mała kropka spacerując między tymi kolosalnymi ścianami

    Czułam się jak mała kropka spacerując między tymi kolosalnymi ścianami

    A o dwóch kolejnych parkach Utah i przemiłych mormonach w Washingtonie (tym w Utah) będzie następnym razem.

     

Advertisements
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 07/02/2014 w USA

 

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: